Kapitan Moljarte » Kapitan Moljarte cz. 3

Nie wiedział gdzie się znajdują, jego statek zatonął a najwyższy stopniem, w tym pięcioosobowym oddziale, był mat’em. Taki przebieg wydarzeń i takie okoliczności nie nastrajały do dobrego samopoczucia. Kapitan jednak zdawał sobie sprawę, że jeżeli on czegoś nie wymyśli, albo wszyscy pomrą z głodu, albo zostaną zabici przez tutejszą ludność lub zwierzęta.

-Hetrionie! Oby tu mieszkali rozumni ludzie! -

Pomyślał Moljarte i rozporządził wyrąbać dziurę w dużej części wraku, który leżał jak martwy morski olbrzym, czekający na skonsumowanie przez drapieżników. Wrak ten nie należał ani do piratów ani do jego floty więc rąbiąc ten stary kadłub wszyscy mieli nadzieje na jakieś znalezisko. Nadzieja okazała się złudna i jeszcze bardziej pogorszyła morale żołnierzy. Bo o to przed nimi w ciemnościach wraku zauważyli kilka szkieletów przypiętych kajdanami do drewnianych ścian. Widok ten nie napawał optymizmem, ale mimo to Kapitan rozkazał zorganizować drewno na opał, a kiedy to już zostało spełnione, i wokół palącego się ogniska zebrali się wszyscy. Wstał i zaczął mówić.

- Wiem, straciliśmy okręt. Wiem! Straciliśmy swoich przyjaciół i kamratów! Wiem też że jesteśmy na nieznanym kontynencie gdzie wszystko może być zagrożeniem. Nie mamy póki co wody, żywności ani nawet złudnej nadziei że gdybyśmy ostali na tej plaży ktoś by po nas przypłynął. Jesteśmy, jakby to ujął nasz zmarły Bosman Mahejko, - Kapitan zamyślił się i spojrzawszy po twarzach swych ludzi krzyknął z entuzjazmem - „Jesteśmy w głębokiej czarnej dupie, Sir!”. Tak zgadza się! Jesteśmy w czarnej dupie. Ale póki żyjemy możemy jeszcze coś zrobić. Ostatnie słowo należy do nas, ocalałych! Jeżeli Hetrion chciał abyśmy przeżyli, to oznacza że coś od nas chce. Jeżeli będzie to nasza ostatnia rzecz jaką mamy zrobić na Tym ziemskim padole, to na moje oficerskie epolety - zrobimy to aby chociaż zasłużyć na przychylne spojrzenie naszego Pana, po naszej śmierci!-

Marynarze siedzieli skupieni, żadnemu z nich powieką nawet nie drgnęła. Ale widać było, że brakowało właśnie tylko tego, oficerskiego entuzjazmu i gorliwej przemowy! To rozruszało ich zimne i obolałe serca. Teraz mogli chodźby jutro oddać życie w imię Imeshii! „Hetrion coś od nas chce, i My mu to damy” Te zdanie zaczęło malować się na twarzach tych zmęczonych podróżą i ostatnią walką marynarzy.

Po kilkunastu minutach ciszy, Moljarte rozłożył warty i poszli spać. Mistrz Sen przyszedł do nich dosyć późno. Odwiedził ich oczekujących w wraku. Przyniósł im kilkugodzinne ukojenie, które miało być ich ostatnim wypoczynkiem. Lecz człowiek sam pisze swoje dzieje, to wie Mistrz więc daje im sen o poświęceniu i walce. Sen daje im siłę i werwę, i gdy wstaną mieli szanse w starciu o własne życie. Jednak Sen oficera jest inny,… .

Śni mu się korytarz, bardzo długi korytarz. Oświetlony wieloma pochodniami i otoczony ciemnością z której słychać słowa. „Długa droga, przez nicość i czas. Będziesz szedł ze swoimi i spojrzysz wrogowi w twarz. Czas się nie zmieni kiedy zostaniesz sam, bo jesteś synem burzy. Okrętem jedynego prawdziwego Jego.”

Rankiem, ostatnia wachta obudziła wszystkich… .

W oddziale kapitana był Morg „Krętacz”, Mat który wyróżniał się z załogi swoją „bujną” łysiną. Był awanturnikiem i dupkiem. Dobrze grał w karty i w kilka gier pokładowych co czyniło go najbogatszym z biednej załogi Imeshyjskiego okrętu wojennego.

Był też Salomon, człowiek który mało mówił, dużo spał i tak często myślał, że towarzysze z jego okrętu nazywali go „Królem”. Człowiek ów nie był wysoki ani nawet dobrze zbudowany, za to w jego oczach paliła się ta iskra. Iskra która czyniła go najgroźniejszym z dziwaków w całej wojennej flocie Imeshii.

Był też Irna „Błazen”. Człowiek wysoki lecz nie przesadnie zbudowany. Gibki i bardziej zręczny niż silny. Zawsze tryskający humorem i radością. Paradoksem zdawać by się to wszystko mogło, gdybyście usłyszeli że jego rodzinę wycięła w pień kilka lat temu banda Ramazyjczyków.

Jest też Fraun „Wielki”. No cóż, sam przydomek tego człowieka mówi o nim wszystko. Prócz tego że nie jest zbyt mądry, ani inteligentny, co wcale nie oznacza że jest głupi. Ma olbrzymią masę ciała i siłę. Ten człowiek mierzący co najmniej 7 stóp, pewnego razu gdy zerwał się mechanizm do wciągania kotwicy, własnymi rękoma wciągną ją na pokład. A to wszystko dlatego, gdyż kapitan kilka minut wcześniej powiedział do marynarzy „Do wszystkich biesów! Zróbcie coś!”

No i oczywiście niejaki Albert, którego na okręcie przezwali „Brat”. Wyjątkowo specyficzny marynarz który pojawił się na statku nie wiadomo skąd. Z wyglądu jest rosłym mężczyzną o ciemnych włosach i bystrym spojrzeniu. Jednak z zachowania pozostał naiwnym dzieckiem. Był tak dobrym człowiekiem, że niektórzy z załogi nazwali go „Bratem”, gdyż dzielił się zawsze tym co mógł i nie ważne czy drugi człowiek go naciągał czy nie. Brat mógł o tym wiedzieć i przeważnie wiedział, ale i tak mimo to dawał mówiąc „To co z serca płynie, wraca pomnożone”.

***

- Dobra chłopcy! Daje wam czas do południa, na przeszukanie tej plaży. Nie odchodźcie jednak zbyt daleko i co najważniejsze omijajcie jakiekolwiek potyczki! Waszym głównym zadaniem jest znalezienie żywności i wszelkich użytecznych narzędzi lub przedmiotów, potrzebnych do wędrówki - Zakomunikował kapitan, zakładając oficerską czapę i dodał:

- Aha, muszę podzielić was na dwie grupy - Spojrzał spod brwi na swój oddział i szybko zdecydował - Wielki idziesz z Królem na zachód, Reszta na wschód - Po czym usiadł na plaży i zaczął coś rysować na piasku. Cała piątka nachyliła się wręcz z ciekawości nad kapitanem, a Krętacz powoli zapytał.

- Panie Kapitanie! Aaa… - Gdy miało paść już pytanie, padła natychmiastowa odpowiedź spod cienia czapy kapitana - Ja tym czasem spróbuje się dowiedzieć, gdzie do cholery jesteśmy. A teraz, gdybyście byli tak uprzejmi i ruszyli swoje dupska…

- Tak jest!- Odpowiedział od razu Morg i dodał:

- Słyszeliście kapitana! Ruchy ruchy! - I obie grupy powolnym marszem wyruszyły.