Kapitan Moljarte » Kapitan Moljarte cz. 4

Kapitan nie musiał na nich długo czekać. Po kilku godzinach, grupa pierwsza wróciła z kilkoma skrzyniami, które ciągnął za sobą „Wielki”. Plaża nadal była spokojna. Ptaki na horyzoncie z wolna szybowały, tańcząc w przestworzach, a z dżungli słychać jedynie było wrzaski małp i lekki szum drzew.

- No Panowie! - Moljarte spojrzał się zadowolony - Widzę że los pozostawił nam trochę nadziei zapakowanej w skrzyniach. Bardzo dobrze! - schylając się do owego znaleziska zapytał się swoich ludzi - No więc? Co tam mamy? - „Król” odparł.

- Rum. Kapitanie. Wszystkie skrzynie zapełnione są rumem w butelkach. - na jego twarzy nie malowało się żadne uczucie.

-Rum? Trzy skrzynie pełne alkoholu? - kapitan wyglądał jakby zaraz miał wybuchnąć ze złości, ale w ostatnie chwili się opanował i stwierdził - To przynajmniej nie będziemy pić morskiej wody - Wielki stał i patrzył się na dialog swego przełożonego i kompana. Nie ruszają się ani o centymetr. Jego ciemne oczy, mimo wszystko wnikliwie wpatrywały się w zamyśloną Twarz swego dowódcy.

- Miejmy tylko nadzieje że reszcie chłopaków się bardziej poszczęści - Stwierdził kapitan i poprawiwszy pasek od szabli rozejrzał się do koła i powiedział - Wielki, widzę że się nudzisz. Przejdź się skrajem dżungli i zbierz drewno na opał. Jeżeli okaże się że znowu będziemy mieli zostać w tym wraku na noc, przyda się ciepło i oświetlenie - Po czym spojrzał się na „Króla”

- Salomon, słyszałem za co zostałeś skazany na przymusową służbę na flocie. Jeżeli to prawda, to musisz mieć jaja ze stali. Więc … - Ten patrzał się tylko na dowódcę, bez żadnych emocji -… wejdź do dżungli, naprzeciwko nas i przejdź się na wprost, z jakieś pięć, dziesięć minut. Potem wróci i zdaj mi raport o tym co nas tam czeka.

- Tak jest!- ten odrzekł spokojnie, i już w następnej minucie zniknął w gęstwinie tropikalnego lasu.
Kapitan, mimo swoich usilnych starań, nie dał rady domyślić się co tak na prawdę stało się podczas sztormu i gdzie, razem z załogą wylądował. Możliwości było tak wiele że każda była tak samo prawdopodobna jak poprzednia.
Patrząc się na spokojne morze, podjął decyzje. Będą musieli wejść do dżungli jeszcze dzisiaj. A zwłaszcza w tedy gdy okaże się że druga grupa w ogóle nic nie znalazła. Przeklęty dzień gdy pirackie ścierwa postanowiły zaatakować przed sztormem! Gdyby nie ta burza… .

- Kapitanie! - zza pleców Blayka, zakrzyknął z oddali Irna! - Znaleźlismy coś! - ten odwrócił się na pięcie i zobaczył że żaden z mężczyzn którzy do niego się zbliżali, nie niosło niczego. Zdziwiony i trochę zażenowany, przygotował się już na jakiś głupi dowcip „Błazna” i gdy byli dostatecznie blisko zapytał się spokojnie.

- No, co to takiego? - Krętacz wybił się z szeregu i odpowiedział meldując.

- Kapitanie, Albert znalazł ten kawałek materiału przy jednym z wraków. Jakieś kilka kilometrów stąd. - I wręczył dowódcy poniszczony sztandar. Oczy kapitana otworzyły się z zdziwienia… .

- Przecież to sztandar galery wojennej z przeszło dwustu lat… . Która zaginęła po potyczce z ówczesnymi rebeliantami.